„Wszystko się posrało...”
Opowieści poszczadzkich ocipiorów
forsownie zbierane przez grupę badaczy
występujących pod wspólnym pseudonimem Wacław Potocki
podobieństwo występujących w tekście osób i miejsc
do ich pierwowzorów
jest przypadkowe
i absolutnie niezamierzone przez autorów
Życie pozagrobowe lisa.
W samym środku sezonu, w sierpniu, tłumy turystów waliły w zwartych peletonach na „dzikie” poszczadzkie szlaki. Skwar walił się na zmachanych ludzi z nieba, glina ścierana tysiącami butów na drobny pył unosiła się beżowym tumanem nad pstrokatymi wężami sapiących jak miechy poszukiwaczy przygody. Ci, którzy pchali się na Małą i Wielką Pierdziawkę, po przełojeniu pierwszego kawałka trasy, prostego jak stół, totalnie zmachani walką o to, żeby nie kopać przy każdym kroku tych ludzi, którzy szli z przodu i unikaniem kopania przez tych, którzy maszerowali za nimi, mieli już dość. I schlanisko „Pod Pawikami” trafiało im się jak ostatnia deska ratunku. Cały tłum wwalał się do środka. Ściany trzeszczały. Dolnopłuki wyły ze zmęczenia przy każdym kolejnym szarpnięciu. Obsługa padała ze zmęczenia. Koty wyniosły się do lasu. Dzika zwierzyna jeszcze dalej. Zbyś do GOPRówki, bo też nie znosi zamieszania.
I w takich okolicznościach przyrody, przez tłum szturmujący bufetowe okienko przedarła się obywatelka z Bardzo Ważną Wiadomością:
- Proszę pana – wysyczała konfidencjonalnie do Kacperzyka, który od paru godzin próbował sprawnie zaspokajać zróżnicowane oczekiwania dzikiego tłumu kłębiącego się za niewielkim otworem i był potężnie ogłupiały. – Koło waszej bramy, przy samym szlaku leży zdechły lis!
Jak zawsze, kiedy jeden powierza drugiemu tajemnicę, trzeci, czwarty i kolejni zamilkli i zaczęli uważnie słuchać.
Kacperzyk popatrzył uważnie na ściągawkę z menu, wiszącą przed jego nosem.
- Nie mamy lisa – oświadczył uprzejmie, ale stanowczo. - Tylko to, co w gablocie i w spisie nad półką.
Kiedy ruch zelżał, Kacperzyk przypomniał sobie doniesienie o trupie.
Maggy, która jeszcze tonęła w stosach brudnych talerzy, natychmiast spanikowała:
- Szlag by to trafił, będzie na Pimpusia! Leć, Kacperzyk, rozejrzyj się, może ta cholera wcale nie zdechła, tylko przysnęła zmęczona i już polazła...
- Jasne – mruknął Kacperzyk, niezadowolony z delegacji w krzaki. Miał nadzieję, że chociaż na chwilę tyłek posadzi. – Chciał pewnie przejść na drugą stronę szlaku, musiał ten cały tłum przeczekać, siedział, siedział, aż zasnął...
- Nie mądrzyj się, tylko leć, jakby jeszcze tam był, to zrób tak, żeby się przynajmniej w oczy nie rzucał, bo będą kłopoty. Wieczorem się pomyśli, co dalej.
Kacperzyk trupa znalazł bez trudu, bo ryże futro na tle dość świeżej zieleni świeciło jak latarnia. Ludzie jeszcze łazili, więc się zanadto nie przyglądał stracie w zwierzostanie, tylko odpowiadając grzecznie na wszystkie „dzień dobry” nałamał nieznacznie zieleniny i przykrył nią denata.
A Maggy za telefon i dalej suszyć Zbysiowi głowę:
- Ty, on tu nie może zostać, trzeba się go pozbyć! Przyczepią się do Pimpusia, że go trzasnął...
- Eeee, zwali się na wściekliznę...
- Nie ma już u lisów wścieklizny! Szczepione są! Zobaczysz, będzie na Pimpusia i zrobi się afera.
- To go gdzieś zakopcie, albo co...
- Nie wolno! Padłe lisy trzeba badać. Trzeba go jakoś dostarczyć parkowym, tylko jakoś tak nieznacznie, żeby nie było na Pimpusia...
- Jak?!
- Myśl!
Oboje wymyślili to samo. Truchło trzeba podrzucić. Tak daleko, żeby w razie czego, gdyby obdukcja wykazała liczne obrażenia wewnętrzne, podejrzenie nie padło na Pimpusia – schroniskowego psiaka – kudłatą, wielką, ciężką i silną cholerę z mordą jak krokodyl i manierami rozjuszonego byka. Całe Poszczady wiedziały, że Pimpuś lubił sobie za zwierzakami polatać, ale Park na razie przymykał oczy, przyjmując optymistyczny pogląd, że jak już dogoni, to gratuluje dobrego biegu, życzy szczęścia i do chałupy wraca, dzięki czemu zwierzęta zdrowsze, bo wybiegane. Optymizm dawał się utrzymać tylko do pierwszych namacalnych dowodów, że był nieuzasadniony.
Z drugiej strony – nie można trupa pieprznąć byle gdzie, bo go leśnicy nie znajdą.
Zbyś, wyjąc silnikiem na wertepach, przygnał do bacówki grubo po zmroku, kiedy się już w schronie uciszyło, turyści się z piwkiem porozłazili po kątach, a niektórzy szli już spać. Maggi na niego z mordą.
- No, co… Za widna mieliśmy z padliną pod pachą latać?! Po ciemku i po cichu trzeba go zwinąć, żeby nie robić sensacji…
Zabrali latarki, Maggy wsadziła do kieszeni gruby czarny worek śmieciowy i gumowe rękawice.
- Ty co? Operację mu będziesz robić, czy jak… - zaburczał Zbyś.
- A ty jak – w zębach go chciałeś nosić? Bo ja tam gołą ręką trupów niewiadomego pochodzenia nie dotykam.
Zbyś się po namyśle zgodził, ale własnych przyrządów nie zabrał.
Zapakowali się do samochodu i zjechali 5 metrów do bramy. Trzasnęli drzwiami i zaczęli przeszukiwać zarośnięte pobocze, świecąc sobie latarkami.
- Ty, gdzie on jest, do cholery?! – wyświszczała Maggy scenicznym szeptem. – Zabrał ktoś na czapkę, czy ki diabeł?
- Może dalej od bramy…
Przeszukiwali dalej krzaczory, coraz nerwowiej machając latarkami.
Nie ma cholery.
Pracownicy z ganku obserwowali operację.
- Ty, Kacperzyk – wychrypiał Zbyś ku chałupie zduszonym głosem, żeby było bardziej konfidencjonalnie. – Gdzie on jest?
- Wyżej – odwrzasnął Kacprzyk.
- Co?
- Bliżej bramy!
- Po tej stronie?
- No!
Maggy spojrzała przelotnie na świecące wszystkimi oknami schlanisko. „Nieźle nam wychodzi ta konspiracja…” Balkony uginały się od wychylających się poza granice bezpieczeństwa turystów. Wielu z nich miało przy oczach lornetki. Wszystkie były skierowane na ekipę poszukiwawczą.
Wrócili z poszukiwaniami bliżej bramy. Nie ma.
Sprawdzali krok po kroku całe pobocze w dół drogi, zapuszczając się coraz bardziej w krzaki. Jak w „Kubusiu Puchatku”: im bardziej szukali, tym bardziej nie było.
Zawrócili. Szukają.
- Trzeba na węch.
- Eeee, chyba za wcześnie… Aż tak gorąco nie było…
Ale i tak w wieczornej ciszy rozlegało się przez chwilę podwójne węszenie.
Maggy sobie przypomniała, że Kacperzyk coś gadał o przyrzucaniu trupa zielskiem. Zaczęła podnosić każdą gałązkę i odgarniać każdą kępę.
- Jest!
Lisie zwłoki wisiały w powietrzu. Maggy trzymała je za ogon łapskiem w żółtej rękawicy, obracany na wszystkie strony trupek pławił się w strumieniach światła z dwóch latarek i jednej czołówki.
- Nic nie widać, kark nie przetrącony, na uduszonego też nie wygląda… - zastanawiał się Zbyś, były student pierwszego roku medycyny.
- Ładniutki jest… - rozczuliła się Maggy.
- Był! – uciął twardo Zbyś, bo się wystraszył, że Maggy zaraz może wymyślić jakieś dekoracyjne zastosowanie dla rudego trupa. Ostatnio dużo czasu poświęcała na wzbogacanie wystroju schlaniska. – Przyczyna zgonu nieznana. Pakujemy!
Zwłoki w czarnym worku Maggy załadowała sobie pod nogi i samochód ruszył z rykiem silnika. Po dwóch metrach się zatrzymał.
- Nie będę jednym powietrzem z trupem oddychał. Dawaj – oświadczył Zbyś i wywlókł worek spod nóg Maggy.
Nieskładnie udający wóz terenowy transporter opancerzony, którym Zbyś zwoził zaopatrzenie „Pod Pawiki”, nie miał z tyłu wypiętego kufra, więc Zbyś po krótkim wahaniu umieścił trefny worek na przedniej masce. Na pierwszych wybojach pakunek się niebezpiecznie zachybotał i zaczął przy kolejnych podskokach zjeżdżać w dół. Czyli – do przodu samochodu. Po jednym z podskoków zwinięty pierwotnie nadmiar worka uwolnił się, podmuch wiatru go rozwinął i udekorował przednią szybę fantazyjnie udrapowaną zasłoną. Zbyś pojechał jeszcze parę metrów „na ślepaka”, ale na dłuższą metę tak się nie dało. Nie było rady. Trup wylądował na pace.
- Gdzie go zostawimy?
- Carom bym go ciepnęła na parkingu. Wezwą parkowych, parkowi przyjadą i sobie zabiorą.
- Co ty, Car też się nie będzie chciał z tym pieprzyć, bo nigdy nie wiadomo, co sobie parkowi pomyślą.
- Fakt. I może sobie pomyśleć, że jak nam podrzuci, to na pewno zgłosimy.
- I tak sobie możemy zdechłego lisa podrzucać wzajemnie, aż się dobrze ześmierdnie…
Maggy wymyśliła, żeby truchło zatargać kawałek na zbocze Plątaniny Cygańskiej, dekoracyjnie ułożyć za krzakiem niedaleko szlaku, a potem zadzwonić do parku, że padlinę zgłosiła turystka, która poszła za potrzebą i na zwłoki naszła. Zbyś nie chciał nocą po Cycańskiej łazić, bo się bał, że Pograniczna Straż może się zaciekawić ludźmi plączącymi się nocą po krzakach i montującymi jakieś trefne interesy. Jeszcze ich, nie daj Boże, złapią, to ploty by były takie, że by się w całych Poszczadach ludzie posikali ze śmiechu, a oni już zawsze by się tylko z lisią padliną kojarzyli. Paszteciki i pierogi mięsne już na zawsze musieliby z jadłospisu wycofać… Może nawet i bigos.
Musieli lisa piżgnąć w krzaki niedaleko drogi. Inaczej – nie byłoby jak jego znalezienia na turystów zwalić.
Rano Zbyś pojechał do Dolnych Zastrzyków po zaopatrzenie, miał po drodze zajechać do parku, ale zapomniał. Jak będzie wracał, to zajedzie.
Tym czasem w schlanisku pojawił się Zenek Niemcowicz, leśnik miejscowy, zadomowiony i zaprzyjaźniony.
Maggy skorzystała natychmiast z okazji:
- Ty, Zenek, wczoraj tu turystka jakaś mówiła, że znalazła lisiego trupa za krzakiem, kawałek od dolnego końca pierwszej barierki od strony przełęczy w stronę Zastrzyków. Zbyś miał rano meldować do parku, ale zapomniał.
- Gdzie to było, gdzie, gdzie?
Maggy powtórzyła.
- Aaaaaa, tam, to ten… To ja go znam… Nieeee, to nie ma co meldować, bo on już zameldowany… To ja go trzy dni temu z szosy wziąłem i walnąłem na bok. Ktoś przejeeeechał. Nie ma co badać… Naturalną śmiercią skończył…
Ledwie Zenek wyszedł, Maggy złapała za telefon.
- Ty, nie musisz już latać do parku. Już wiadomo, jak lis zginął. Samochód go na szosie przejechał.
- Co?! I taki przejechany do nas dolazł, żeby w ładniejszym miejscu zemrzeć?
- Nie. To było potem – i opowiedziała o zeznaniach Zenka.
- Patrz. Cud. – ucieszył się Zbyś. – My mu daliśmy drugie życie, a Zenek trzecie. Reinkarnacja.