„Wszystko się posrało...”
Opowieści poszczadzkich ocipiorów
forsownie zbierane przez grupę badaczy
występujących pod wspólnym pseudonimem Wacław Potocki
podobieństwo występujących w tekście osób i miejsc
do ich pierwowzorów
jest przypadkowe
i absolutnie niezamierzone przez autorów
Każdemu się może popierdolić...
U Wacka Futra zabawa grzmiała, jak cholera. Taka zabawa typu: ludzi mało, hałasu od diabła. Przyjechały te cztery laski, co parę lat temu „pod Pawikami” miały praktyki studenckie, no i tak jakoś tam przylgnęły i furt wracają... A wtedy się knajpy w Poszczadach trzęsą. I baby o mężów.
O zabawie to może potem opowiem, jak się zastępca komendanta pograniczników dalej mnie będzie czepiał o te fajki, co je czasem z Ukrainy wożę... Bo i on tam był. Znaczy – w knajpie. I też się nieźle bawił... Oj, nieźle.
Ale najbardziej śmieszne to było dopiero potem.
Laski po imprezie miały „pod Pawiki” wracać, kupę drogi przez góry i lasy, to się chłopy bali je same puszczać – noc, dzikie zwierzęta, pijani kierowcy... A nawaleni wszyscy byli tak, że nikt by za kierownicę nie usiadł. Bo by nie trafił. Ale się nagle przyplątał Marcyś, miejscowy GOPRowiec i sytuację uratował.
- Możecie u mnie w stodole się przespać. Siana dość. Byle byście tam fajek nie zaczęły jarać.
Dziewczynom w to graj, bo im się wcale nie chciało „z buta” taki kawał smarować.
Marcyś je do tej swojej stodoły przeprowadził opłotkami, żeby było szybciej, a całą drogę przegadali. Otworzył stodołę, w środku ciemno jak u Murzyna w dupie, bo na zewnątrz chociaż gwiazdy przyświecały, a w środku – nic.
- Tu sobie jakoś w tym sianie pościelcie, będzie wam i ciepło, i wygodnie.
- Dzięki, Marcyś, fajny z ciebie gość – rozczuliła się jedna, a pozostałe po klepisku macają i szukają tego siana, które mają sobie uścielić. Szurają rękoma i nogami po klepisku, a tu nic. Coraz szerzej rękoma powietrze zagarniają – nic.
Marcyś się zorientował, że coś nie gra, wygrzebał z kurtki latarkę, poświecił i zbaraniał.
- Gdzie jest siano?! – zajęczał cienkim głosem. – Gdzie jest siano?!
- Było i nie ma? – starała się uściślić Karolina. – Nie przejmuj się, pewnie ci ktoś podpierdolił – od razu zaczęła pocieszać, bo to dobra dziewczyna.
A Marcysiowi się płyta zacięła i tylko „Gdzie jest siano?!” powtarzał jak zaczarowany. Musiał być do niego bardzo przywiązany. Albo jeszcze prędzej – wypił, to i gorzej jarzył. Bo gołym okiem było widać, że jeśli siano gdzieś jest, to nie w zasięgu wzroku i latarki.
- No i jak wy teraz będziecie spały? – oderwał się wreszcie od własnych problemów.
- O nas się nie martw, damy sobie radę, trochę tu tego siana jest, jakoś się uskłada.
Marcyś poszedł, dziewczyny położyły się na tej kupce badziewia, co ją znalazły, już zasypiają, a tu nagle słyszą, że koło stodoły ktoś się skrada, potem bardzo ostrożnie otwiera wierzeje, a one jak zwykle w takich razach rozwizdują się dzikim kwikiem na całą okolicę. I słyszą dziewczyny dramatyczny szept:
- Ej, dziewczyny, ciiiiiiiiiii! To ja, Marcyś. Błagam was, wstawajcie, tylko cicho, na miłość boską, spieprzajmy!
- To ty, Marcyś? Ty czego?
- Rany boskie! Ciiiicho!!.. Spieprzajmy stąd. To nie moja stodoła...
- Co?!
- Gówno. Mówię – stodoła nie moja.
- Jak to – nie twoja?! Stodołę ci też podpierdolili? – pogubiła się w tym wszystkim Gosia.
- Nie. Ale to nie ta.
- A gdzie twoja?
- Obok!
Przekradli się.
Obok rzeczywiście była stodoła z sianem.
- Ta już na pewno twoja? – upewniała się Doti. – Możemy spać? Bo jak sobie pomyślę, że mam wszystkie po kolei stodoły zwiedzać...
- Iiiii, tam – zlekceważył sprawę Marcyś, rozanielony tym cudownie odzyskanym sianem. – Stodoły wszystkie do siebie podobne, każdemu się mogą popierdolić.
- Jak kobiety – odezwał się niespodziewanie zadumany bas z sąsieka.
- Co?! – wrzasnęły laski.
- Kobiety. Tak samo – wszystkie po ciemku podobne... Mogą się popierdolić. Każdemu. Tak samo, jak stodoły – smętnie wyjaśnił bas z ciemności wypełnionej sianem.
– Marcyś, ktoś tu jest w tej twojej stodole!
- No. Taki jeden – wyjaśnił Marcyś niedbale. – Żona go wywaliła. Musi się gdzieś przespać...
- Acha. No tak – zaakceptowały laski.
- Dobry z ciebie człowiek, Marcyś – stwierdziła ciepło Kama, zastanawiając się mimochodem nad tym, za co też żona mogła wywalić gościa, któremu się po ciemku pierdolą kobiety ze stodołami.
- Iiiiii, tam – zbagatelizował sprawę swojego szlachetnego charakteru Marcyś i poszedł do domu.
Bas zamilkł, śpiąc albo rozpamiętując dalej problemy wiejskiej architektury. Laski poprzegarniały sobie siano i umościły się wygodnie. Kiedy zaczęły zasypiać, nagle pod przeciwną ścianą, a więc nie tam, gdzie spała ofiara żony, rozległ się szelest siana i koszmarne, zgrzytliwe chrapanie. Niewątpliwie ludzkie.
- Jasny szlag! - Laski usiadły w swojej kupie siana jak na komendę. A potem spokojnie położyły się z powrotem.
Marcyś to na prawdę bardzo dobry człowiek.
Zasnęły, a każdej się śniło, jaka to katastrofa mogła zapędzić do Marcysiowej stodoły tego hałaśliwego gnoja, który połknął przed snem piłę spalinową. Każdej się śniło co innego. A co jeden sen, to bardziej odlotowy...