„Wszystko się posrało...”
Opowieści poszczadzkich ocipiorów
forsownie zbierane przez grupę badaczy
występujących pod wspólnym pseudonimem Wacław Potocki
podobieństwo występujących w tekście osób i miejsc
do ich pierwowzorów
jest przypadkowe
i absolutnie niezamierzone przez autorów
Na pohybel skurwysynom
Iras siedział „pod Pawikami” i wątrobę ciepłym piwem leczył. Warto czasami się oderwać. Oderwać? Jasne, oderwać… Nie tutaj.
Już pierwszego wieczora zjechała z flaszkami „Pod Pawiki” ekipa Wacka Futry: Wacek, a za nim jakieś panny, a za pannami jakiś koleżka, albo i paru, najczęściej narzeczonych właśnie wypuszczanych w krzaki przez te panny. Wacek mocno uroczył wszystkie panny, żony, matki i rozwódki. I jakoś tam umiał im nastarczyć. Nikt nie wie – jak.
Wpadli do kuchni, pozapoznawali się wszyscy ze wszystkimi, jak zwykle nikt nikogo nie zapamiętał. No, nie zupełnie. Kuchenne wolontariuszki „spod Pawików” zapamiętały Wacka natychmiast. I od razu zostawiły robotę. Standard. Letycja pokręciła głową, ale nawet nic nie powiedziała. Bo co ona może na feromony? Razem z laskami zabrała się za wykańczanie porzuconych przez wolontariuszki zajęć.
Jak zwykle w takich razach na szybko wymieniano ploty. Bo jak się wszyscy popiją, to już nie będą pamiętali starych plot, tylko produkowali materiał do nowych. A człowiek musi się orientować, co się w jego otoczeniu dzieje, bo by zdziczał.
Kiedy już doszli do drobiazgów, ktoś coś powiedział o „Żyłce” – kompletnie ocipiałym turyście, strasznym bucu, który od paru lat regularnie najeżdża Poszczady ze szczególnym uwzględnieniem knajpy Wacka.
- To ten, co pogonił nad ranem dziewuchę ze swojego namiotu? – zainteresował się Iras.
- No, ten.
- Aaaaaaa…
- A co z tą dziewczyną było? – zainteresowała się któraś z panien Wacka.
- Imprezował u nas parę dni. Już pierwszej nocy wyrwał sobie jakąś turystkę i zataszczył do namiotu. Gimnastykowali się hałaśliwie przez pół nocy. Następnej nocy znowu ją zabrał i hałasowali tak samo. Wydawało się, że im dobrze. Rano słońce przygrzało, wszyscy się budzą, namiot „Żyłki” stał po środku grupy namiotów, więc słychać, że się już trochę ruszają, zaczynają gadać. Nagle „Żyłka” mówi na cały głos: „Może byś już stąd poszła?”
- Ale skunks…
- I co mu zrobiła? – zainteresowała się od razu Maggy.
- Nic. Poszła.
- O, kurwa…
Na początku nikt nie zauważył, że w czasie opowiadania Wacka jedna z wolontariuszek coraz bardziej czerwienieje i coraz bardziej kuli się za stołem. Jak skończył, siedziała czerwona jak burak, tyle, że niewiele jej było widać, tak się zwinęła w sobie. Wacek przelotnie na nią spojrzał, zatrzymał wzrok, bo twarz mu się jakoś niejasno zaczęła kojarzyć. Wszyscy powędrowali za nim wzrokiem, błysnęło zrozumienie.
„Tak to jest, jak się miejscowe ploty przy obcych opowiada” pomyślała Letycja.
Wieczorem dwa dni później było odwrotnie. Letycja wsadziła do samochodu Irasa, Maggy i laski i popruli z wizytą do Wacka. Siedzą, hałasują, rozrabiają, gadają. „Kocio”, kuzyn Wacka, obrobił się z robotą na zapleczu i też się przysiadł. O ofierze plot spod „Pawików” jeszcze nie słyszał, więc mu opowiedzieli.
- Wyjechała?
- Nie, siedzi.
- Znaczy bardzo głupia, albo bardzo twarda – skonstatował.
- A ten „Żyłka” to kto? – zainteresowała się Maggi.
- Jakiś taki… Taki, wiesz, co się nie może zdecydować, czy na poetę, czy na komandosa, czy na fotomodela pozować.
- Ale niezły skurwysyn, nie?
- Ale i laska głupia. Jak się widzi, że gościu stringi pod bojówkami nosi, to się powinno ostrożności nabrać, nie?
- Coooo?! Gościu nosi stringi do bojówek?! – zainteresowała się Dotli. – Ale jajo…
- I co? W dupę go nie obciera?
- Niektórzy noszą na gołą dupę.
- Na gołą, to rozumiem, dla wygody. Jak szwy miękkie i dobrze wykończone, to nawet wygodniej, tylko prać trzeba częściej…
Po jednej stronie stołu rozmowa skoncentrowała się całkowicie na garderobie. Po drugiej Kocio z Maggy trzymali się zasadniczego tematu.
- On do was często przyjeżdża?
- Furt.
- Ja to bym potrzebowała jakoś skasować skurwysyna…
- Ale co mu zrobisz? Zakaz pobytu za złe traktowanie kobiet? To by jedną trzecią gości trzeba było wypieprzyć… A poza tym, co? Nic. Już mu i tak Damian szczy do żarcia…
- Co?!
- Cooooo?!
- CO?!
Laski też usłyszały.
- A co, nie słyszałyście? nasz Damian, ten kucharz, co tu w zeszłym roku przyszedł do roboty, bo w Poszczadach szukał ludzkiej szlachetności i międzyludzkiej życzliwości, zniechęcił się do szukania, bo mu się Polska skończyła. Został, ale za to podjął osobistą krucjatę przeciw skurwysynom. Lać ich nie może, bo słabo zbudowany, to im za każdym razem szcza do paszy, jak cokolwiek zamówią.
- Nie gadaj… - Dotli była zszokowana.
A Maggy popatrzyła podejrzliwie na talerz zapiekanych gruli, którymi się właśnie obżerała.
- To i tak nic – wyjaśnił Kocio. – „Fiodor” z Wędliny już parę lat skurwysynom do talerzy pluje.
Maggy nieznacznym ruchem odsunęła talerz bliżej środka stołu.
- To gorzej? – zdziwiła się Dotti. – Ja bym tam chyba wolała ślinę, niż siki.
Maggy delikatnie pchnęła talerz z żarciem do przodu i w bok.
- Mocz jest aseptyczny – pouczył Kocio. – Na ślinę nigdy by Wacek nie pozwolił…
Jesienią, na jakiejś dużej imprezie, „Żyłka” pojawił się znowu. Jak zawsze od razu przystąpił do rozsiewania swoich wdzięków i głuszenia lasek na mit „prawie-całkiem-poszczadnika, a ogólnie człowieka sukcesu”. Tyle, że wyczuwał wokół siebie jakąś dziwną atmosferę. Co ktoś z mniej lub bardziej miejscowych na niego popatrzył, to się robił dziwnie wesoły. „Żyłka” przycichł, zczujniał, zaczął pić ostrożnie, uważniej słuchał i staranniej się przyglądał.
I coś tam do niego chyba dotarło, bo przestał obżerać się po knajpach. Ktoś musiał coś sypnąć. Na pewno nikt z miejscowych, bo oni w takich sprawach potrafią nawet po bardzo pijanemu trzymać mordy pod kontrolą. Ale gdzieś musiał być przeciek, bo „Żyłka” jak zgłodniał, to wędrował do sklepu Oszołoma. I kupował tylko fabrycznie pakowane żarcie.
- Trochę szkoda… - zmartwiła się Maggy, kiedy jej o tym opowiadał Kocio. Wpadł na ploty „pod Pawiki” z Wackiem i jakimiś pannami. Tylko nauczeni złym doświadczeniem gadali tym razem cicho, żeby do obcych uszu nie dotarło.
- Eeeee, nie – zbagatelizował. – Damian nie odpuścił. Teraz mu do każdego piwa dosypuje szczyptę sproszkowanej kupy kota…