„Wszystko się posrało...”
Opowieści poszczadzkich ocipiorów
forsownie zbierane przez grupę badaczy
występujących pod wspólnym pseudonimem Wacław Potocki
podobieństwo występujących w tekście osób i miejsc
do ich pierwowzorów
jest przypadkowe
i absolutnie niezamierzone przez autorów
Pobilisie...
Jak jest sezon, to nikt czasu nie ma na pierdoły, tylko wszyscy muszą bez przerwy zachrzaniać. I nawet jak miejscowi ze sobą przystaną żeby pogadać, to tylko na chwilę i tylko o rzeczach fundamentalnych: czy ludzi dużo, czy tylko dość? pogoda dobra, czy znowu posrana? muchy gryzą, czy nie? leśniczy Waśkoskiego na kradzieży sągów chycił, czy można drewno taniej kupić (bo w zeszłym roku drożyzna była cholerna, jak Waśkoski na karę musiał uzbierać...). A, i czy prędko zima będzie. I jeszcze, komu się ostatnio spieprzyła kasa fiskalna. O pomniejszych rzeczach się nie gada. Bo nie ma czasu.
Za to wrzesień w Poszczadach można poznać od razu, po tym, jak miejscowi ruszają, jak sobie stoją i o czym sobie lubią pogadać.
Wczoraj na przykład te dwie cholery „spod Pawików”, co tym skrzyżowaniem czołgu z autobusem się ostatnio rozbijają po górach i asfaltach, wracały z Zastrzyków, zatrzymały się u tej trzeciej jędzy, Carowej, na parkingu. Chyba z godzinę gadały, o wszystkim, o różnych duperelach.
- A słyszałyście coś, dziewczynki – pyta się Carowa – o tym jak się u Wacka Futra kucharz prał z jakimś drugim?
- Szlag by to trafił! Miałyśmy zajechać... – warknęła przez zęby ta niższa.
- No i co tam było?
- Pokłócili się, wreszcie jeden butelkę złapał, o blat trzasnął i tego drugiego: sru! przez plecy. A potem jeszcze sru! przez bok go przejechał... Krew się lała, a ci się dalej tłukli, takiej zapamiętałości dostali. Jak ich obezwładnili, to jednego granicznik, drugiego goprowcy trzymali, a ci jeszcze się do siebie rwali. Taką mieli pasję do siebie...
- Jaaaaa, a poszło o co?
- Jeden drugiemu ponoć powiedział, że chujowo gotuje.
- Aaaaa, chyba że tak. O pierdoły to by się aż tak nie prali...
O „Pobilisiach” to się między sezonami długo i chętnie gada. „Pobilisie” – znaczy – to taki tutejszy gatunek opowieści. O tym, że się ktoś z kimś pobił i co z tego wynikło. Jak się coś takiego zdarzy, to się od razu w całych Poszczadach temperatura podnosi, wszyscy odświętnieją, różowieją na twarzach, bo już teraz nie muszą do sąsiadów na pusto jeździć, bez tematu, zaczynać posiadu od głupiego „no i co u was słychać?” Tylko po krótkim wstępie: „Ależ dzisiaj ten wiatr napierdala!” mogą od razu przejść do ciekawszych rzeczy: „Była wiadomość ze szpitala, że temu Dzwońcu, co się tłukł z gajowym ze Smarków w sprawie żony drwala z Wędliny, to się już łeb całkiem dobrze goi, wstrząśnienie było, ale wszystkie 40 szwów się goi dobrze i go lada dzień wypuszczą. A potem pewnie wsadzą. Do aresztu. Bo z tym rozrzynaniem gajowemu brzucha i wypuszczaniem flaków, to już lekko przegiął. Mógł to zrobić jakoś humanitarnie. Nie tak powoli. I piachu do brzucha też mu nie musiał sypać. Przesadził chłop zdziebko...”
W zeszłym roku to się jeden Helmut pobił z krawężnikiem. Nieeeee, nie o gliniarza z drogówki mi chodzi, tylko o takie betonowe coś od chodnika przed sklepem w Zastrzykach. Gość strasznej agrechy po flaszce dostał, wszyscy kumple uciekli, ten się dalej rzucał, chociaż nie było na kogo, przyładował dynią w ten krawężnik, parę dni w szpitalu leżał, ale nie odratowali. Znaczy, nadzwyczajnie skuteczna bójka była: 100% uczestników radykalnie wyeliminowanych. Bo krawężnik też za swoje dostał. Oszołom, do którego należał i sklep i krawężnik, wściekł się strasznie, bo akurat pierwszy raz od założenia sklepu, czyli to już będzie jakieś 20 lat, wzięła go fantazja, żeby chodnik przed sklepem odśnieżyć. No i masz! Znaczy, pewnie przez to. Ale mu się nie wypadało przyznawać przed pracownikami do błędu, więc spędził wszystko na krawężnik, kazał chłopcu wykopać i w habazie za sklepem wypieprzyć. Ale wszyscy i tak wiedzą swoje...
Nie ma pan łaskawy czasem więcej tego denaturatu?...