„Wszystko się posrało...”
Opowieści poszczadzkich ocipiorów
forsownie zbierane przez grupę badaczy
występujących pod wspólnym pseudonimem Wacław Potocki
podobieństwo występujących w tekście osób i miejsc
do ich pierwowzorów
jest przypadkowe
i absolutnie niezamierzone przez autorów
Wypijmy za wilki
Babunia Paździorkowa podobno od samej wojny mieszka w Zastrzykach. Turystom opowiada, że jedna z pierwszych tu przyjechała ze swoją rodziną. Cwaniara. Tych z miasta ciągnie do historii, więc się w jej chałupie zatrzymują. Za te swoje ciężkie pieniądze, wpieprzone w niewygodne noclegi, krew oddawaną co noc honorowo pchłom, pluskwom i innemu robactwu, mogą przynajmniej mądrzyć się po powrocie do roboty, że mieszkali u najstarszej poszczadzkiej osadniczki. Ich kumple, co się na urlopie smażyli w niewygodach w jakichś zapoconych hotelach na Wyspach Kanaryjskich, a nogi myli w zupowatym basenie, słuchając o Dzikich Poszczadach i babusi-Żywej Historii, zaczynają zazdrościć, nudzić żonie dupę o zmarnowane pieniądze, zmarnowany urlop i zmarnowaną młodość, aż się zgadza w następnym roku jechać na prawdziwe „męskie wakacje” w Poszczady. Oczywiście – do babusi Paździorkowej. Żywej historii.
Zresztą, babusia wygląda nie tylko jak żywa historia, ale wręcz – jak ożywione wykopalisko. Gówniarze z Zołzowatego wołają za nią: „babcia-reaktywacja”.
Nieważne. Niech tam sobie wygląda, jak chce. Grunt, że babusia łeb ma jak cholera. Szczególnie do obsługi ruchu turystycznego. Nie dość, że bez żadnego inwestowania w infrastrukturę chałupę ma ciągle pełną gości, co jej płacą bez szemrania, nawet jak ich zamiast na łóżku, na przetartym dywaniku wywleczonym z psiej budy położy. Że płacą za pełne wyżywienie nawet wtedy, kiedy zapomina ich karmić (jasne, zapomina. Cwaniara). Że wloką do niej potem krewnych, kolegów i znajomych. Jeszcze jej przywożą prezenty i flaszki „na dzień dobry”. Wszyscy tutaj chcieli by się od babusi tej mądrości nauczyć, ale nie dopuszcza do konfidencji. Za cwana.
No więc cała ta reszta, co próbuje wyżyć z agroturystyki, zgrzytając zębami wlecze łóżka i kapy z „Ikei”, kafelkuje podłogi, dorabia pokojom łazienki, wykrwawia się na jakuzzi i bajeranckie firany, a potem patrzy z bólem na dziurawą drogę, którą sznur bajeranckich samochodów wlecze się do chałupy babuni, gubiąc na wybojach rury wydechowe, miski olejowe albo całe podwozia.
Jedno o babusi wiadomo na pewno: bajer ma babusia rozwinięty, jakby miała tytuł naukowy.
I twarda jest, jak cholera. Co by się nie działo, babusia nie pęka.
Parę lat temu, na ten przykład, babusia kupowała gęsięta. Swoim zwyczajem zapędziła do tego tych turystów, co u niej mieszkali, bo jeszcze taki zwyczaj ma babusia, że goście u niej zachrzaniają, jak nie przymierzając, fornale na pańskim. Nie zmusza, nie prosi, tylko za bok albo za plecy się łapie i jęczy, co to ona ma dzisiaj do zrobienia, a tu boleści straszne... No i jeden przez drugiego się pchają, żeby babusi pomóc, albo ją wyręczyć, starowince przez los doświadczonej i zębem czasu nadżartej. I tyrają, a babusia tylko między nimi się krząta, pojękuje, wzdycha i dyryguje.
No więc wybrała sobie babusia najwygodniejszy samochód na wycieczkę do wylęgarni, zapakowała się do środka i pojechała. Miała kupić tych kaczek tylko parę, ale ją na miejscu chciwość sparła, zaczęła stękać, że szkoda, że ją stać tylko na parę ptaszków, bo jakby mogła więcej grosza wyłożyć, to by parę kaczusi więcej uchodowała, sprzedała i miałaby co do garnka włożyć na święta, nie biedowałaby w Boże Narodzenie, jak zwykle, nad cebrem kartofli z lebiodą. Turyści, co ją przywieźli, natychmiast połknęli haczyk i dokupili 10 kaczek i jeszcze kilka kurcząt na dodatek.
Załadowali toto w karton, ustawili go pięknie na tylnym siedzeniu, babusię usadzili obok, ale drobiu zrobiło się w kartonie dużo, miejsca mało, nic dziwnego, że się troszkę ptactwo zaczęło kotłować w opakowaniu. Na pierwszym solidnym zakręcie wszystko się wywaliło, nieloty rozpierzchły się po samochodzie, kierowca się spłoszył, ale szczęśliwie do końca serpentyn swój „kaczobus” doprowadził, na poboczu zatrzymał. Trochę trwało, nim odłowili wszystkie pisklaki. Szkód nie było, tyle że narobiły rabanu i wszystko detalicznie osrały. Kolega kierowcy nawet głupawo żartował, że jakby sobie pęki trawy powsadzali w tyłki i pomalowali jajka, to by była Wielkanoc. Usiadł na swoje siedzenie, poczuł, na czym siedzi, to mu się śmiać odechciało. Za to babusia porykiwała ze śmiechu do samych Zastrzyków. Bo zna się na rolnictwie i nawet na chwilę nie wstała.
Kiedy wjechali na podwórko, babusia przestała chichotać i natychmiast podupadła na zdrowiu, więc panowie musieli ją delikatnie z limuzyny wytargać, potem drób. Ale traf chciał, że za nimi przytoczył się inny samochód, z turystami, którzy też chcieli u babusi nocować. Babusia odzyskała zdrowie, zadysponowała gdzie postawić pudło i samochód kazała szybko dalej przestawić, żeby ci nowi mogli na podwórko zajechać.
Tymczasem przy tych wszystkich manewrach w pudle zrobiła się dziura, a durne ptaki natychmiast zabrały się do powiększania drogi na wolność. Turyści manewrowali samochodem, babusia zaciągnęła nowych do chałupy, słowem – nikt się przez chwilę nie interesował drobiem. Nikt, oprócz Żuczka – kurdupelkowatego psiaka babusi Paździorkowej, owocu chwilowego zapomnienia ratlerka z burym potomkiem jamnika i kundlicy. Żuczek robił w obejściu za psa strużującego, bo był tańszy do wykarmienia, niż pies wielkości psa. Na łańcuch wziąść go nie szło, bo by go nie udźwignął. Dlatego cieszył się wolnością. Głównie – poza obejściem.
Żuczek właśnie wracał chyłkiem, żeby symulować pilnowanie chałupy. I na środku podwórza zobaczył popiskujący karton, z którego przez dziurę wydostawały się jaskrawożółte niewielkie obiekty. Kwiknął krótko ze szczęścia. Za chwilę pierwszy trupek majtał pomarańczowymi łapkami na środku podwórka.
Babunia Paździorkowa stanęła na progu, kiedy Żuczek wykańczał trzeciego ptaka.
- O żesz! – warknęła krótko i mściwie.
Skoczyła raźno, jak nastolatka. Jednym ruchem chwyciła Żuczka za kark, zdusiła jego przerażony wrzask, smyrknęła do drewutni, rozległo się jeszcze krótkie, przeraźliwe skomlenie, trzask siekiery i cisza...
Dwaj faceci stali, jak przymurowani, przy samochodzie, nie zdążyli nawet klamek puścić, takim piorunem wszystko poszło.
Babunia, wyprostowana, żołnierskim krokiem wyszła z drewutni, otrzepując ręce i ludowe serdaki. A na twarzy miała wypisaną taką twardość i nieustępliwość, jak warszawska Syrenka.
- Babciu, za co...?
- Krew za krew – wyrąbała babcia. – Nie można psa trzymać, który żywinę niszczy.
Rzuciła tylko okiem na struchlałe twarze facetów i już wiedziała, że egzekucję Żuczka lepiej było odroczyć. Zreflektowała się i zgarbiona wpół podreptała łapać ocalałe kaczki.
Rok później do babusi Paździorkowej zjechała rodzina turystów z dziećmi. Przyjechali drugi rok pod rząd, bo dzieci mieli energiczne i mocno zawracające głowę. W Zastrzykach mieli spokój, bo dzieci całymi dniami uganiały się z malutkim, zbudowanym jak sarenka psem babusi, robiąc przerwy wyłącznie na męczenie kota.
- Gdzie Żuczek? – rozwrzeszczały się wyczekująco bachory natychmiast po tym, jak wyskoczyły z samochodu.
- Szlag go, zarazę trafił – wystartowała babusia mściwie, bo krew w niej nigdy nie stygła.
- Jak to?! – wrzasnęli jednocześnie z bachorami przerażeni rodzice. Przecież oni specjalnie do tego pokurcza wlekli dzieciary przez całą Polskę...
- Eeee... yyyyyy... – zagubiła się trochę babusia. – Nieeeee ma juz Żuczka, nie ma... Nie żyje...
Dzieciaki w ryk.
- Żuczuś! Beeeee... Gdzie jest Żuczuś? Ja chcę Żuczusiaaaaaaaaa....
Rodzice w krzyk:
- Ale jak to się stało?
Babusia chwilę stała jak słup.
- Wilcy! – opanowała się szybko. W try miga odzyskiwała fason. – Wilki zimą wpadły, bestie zatracone i zamordowały Żuczusia... Wszystkich nas tu w końcu wyżrą, morderce jedne. A te ekologi cholerne za nic ludzi mają i tych drani bronią, strzelać do nich nie dadzą, - rozkręcała się babcia coraz bardziej, błogosławiąc chwilowe natchnienie - a tu człowiek bez żadnej ochrony... Zachodźcie, zachodźcie do domu... Niczego się nie boją, w biały dzień na podwórko wpadną, na ludzkich oczach w bestialski sposób... Proszę, proszę do środka... O, tu jeszcze stołeczek jakiś. Herbatki może? Kochany był Żuczuś, oczy po nim wypłakiwałam... Do tej pory w nieutulonym żalu...
Jakby w Poszczadach wilków zabrakło, to by ludzie na dyżurach musieli w górach siedzieć i wyć nocami. Każdy tu ma do nich jakiś interes. Albo dzięki nim. A niektórym nawet wilków było mało, bo to łatwe do rozpoznania, co wilcze, a co nie, więc próbowali sobie życie ułatwić i wymyślili kiziora syberyjskiego. Całą historię o nim opowiadali. Każdy coś dorzucał od siebie. Wyszło na to, że po Poszczadach grasuje potwór – jakieś skrzyżowanie borsuka z krokodylem, lwem i rekinem. Taki tygrys na kaczych łapach.
Obiło się o uszy szanownemu panu? A, no właśnie...
Szanowny pan kupi piwko, strzelimy po jednym za zdrowie wilków, a ja o kiziorze opowiem.